Cztery pory roku niekoniecznie slow

W zasadzie byłam o krok, aby dojść do wniosku, że mimo tylu lat na blogowych ścieżkach, to jest bez sensu. Jestem dinozaurem blogosfery, bo moje pierwsze zapiski sięgają 2002 roku. Gdybym się nie zdecydowała na ich skasowanie, zapewne teraz miałabym pokaźne grono czytelników, ale stało się inaczej. No i co z tego?

Cztery pory roku niekoniecznie slow

Pamiętam taką książeczkę Cztery pory roku grają w berka… Moje pierwsze czytelnicze wspomnienie. Jakże okazało się prorocze.

Lato? Lata nie pamiętam. Myślałam, że ojciec zaraz wróci. Szukałam pomocy nie tam, gdzie powinnam. A potem zrozumiałam, że nie ma czegoś takiego jak empatia. I że jestem z tym sama. Przeprowadziliśmy się, ale też mało co pamiętam. Wiem, że pisałam notki, wiem, że byli goście, wiem, ze miałam plan. Jak zwykle.

Potem była beznadziejna jesień, którą prawie przespałam. Pamiętam jakieś urywki. Wiem, że raz siedziałam w kawiarni nad stawami i było całkiem fajnie. A sernik z gruszką był nieprzyzwoicie drogi. I że końcem jesieni wzięliśmy do domu psa, chociaż miało nie być żadnego psa, a już na pewno nie teriera. Pamiętam jakiś upiorny stan zawodowego zawieszenia, gdzie parę osób, które potem chciało ze mną współpracować, wtedy nawet nie odpisywało na moje wiadomości. I że zaczęło być mi obojętne, co robię. Byle przetrwać kolejny dzień. I kolejny.

Zima. Na święta kupiłam choinkę i było nawet miło. Starałam się za dużo nie myśleć. Po strychu biegała mysz, a ja nie spałam przez nią po nocach. W Sylwestra zapaliłam z synem zimne ognie i poszliśmy szybko spać. A jednak, chciałam się koniecznie z tego letargu obudzić. Pojechaliśmy z mężem w styczniu nad morze na 3 dni. Byłam bardzo szczęśliwa. Nie ważny był wiatr ani mróz.

Wróciłam i zabiła mnie rzeczywistość. Mąż kupił mi samochód, wyciągał, starał się. Przez miesiąc nie mogłam się zdrowotnie pozbierać. Bardzo się starałam, ale ledwo wstawałam z łóżka. Chciałam tylko wiosny, jakiegokolwiek promyku słońca.I wiosna nadeszła, dość niespodziewanie.

Czarne plamy

Powinnam napisać, jak do tego wszystkiego doszło, ale naprawdę nie wiem. Mam ciemną plamę w pamięci. Zupełną pustkę. Hipokamp się obraził na mnie. Nie pamiętam nic. Po prostu z nicości wyciągnięto do mnie rękę. A potem każdego dnia było trochę łatwiej i prościej. Ot tak. Jakby z powrotem wszczepiono mi serce, wtłoczono krew i przywrócono do życia.

Skoro już jestem to wypadało zacząć reanimować kolejne obszary. Zaczęłam nawiązywać ciekawe współprace, poznawać nowych ludzi, przekazywać wiedzę i zdobywać nowe umiejętności. Wyszłam spod bezpiecznego kocyka, porzuciłam sprawdzone rozwiązania i zaczęłam działać. Wybrałam się na kilka wycieczek. Odkurzyłam aparat. No, a teraz ocuciłam bloga. Myślę o jutrze tylko w minimalnym stopniu, ale codziennie wstaję z coraz mniejszym lękiem. Mam fajnych ludzi wkoło siebie. Po prostu.

To był bardzo wyczerpujący rok. Mam okropne luki w pamięci, ale nie chcę ich już łatać. Wiem, że na ten czas, dokonywałam dla siebie najlepszych możliwych wyborów. I to zaprowadziło mnie do progu wielkiej przygody, która na mnie czeka. A która nazywa się życie.

Przemyślenia, Slow life

4
Dodaj komentarz

Please Login to comment
avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Dom nad jezioremAniaLeptir Recent comment authors
najnowszy najstarszy
Leptir
Gość

Aniu pamietam twoje blogi, ja tez jestem dinozaurem , bo pisze od dawna i tez musiałam skasować poprzedni blog bo dobrała sie do niego wredna rodzina, ale sympatycy pozostali.
cieszę sie że zaczynasz pisać, bardzo lubie twoje teksty i piękne zdjęcia 🙂
pozdrawiam cie serdecznie i myslę że od czasu di czasu cos napiszesz

Dom nad jeziorem
Gość

Witam, podczytywałam zapiski i choć chciałam się odezwać, nie chciałam urazić niewłaściwymi słowami. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszelkiej pomyślności i siły.