piątek, 31 marca 2017

Wieś jest dla emerytów! W sześciu punktach!

Ile razy usłyszałam, że wieś to na emeryturze. Dobrze, zgadzam się, że wybór miejsca, w którym zamierzamy zamieszkać jest bardzo ważny. Ale wbrew pozorom to właśnie dla starszych ludzi dom na wsi może być większym wyzwaniem niż dla nas. Punkt pierwszy: dojazdy! Największy problem z reguły sprawia komunikacja, aczkolwiek mnie mieszkanie pod miastem i ciągłe namowy męża zmobilizowały do zrobienia prawa jazdy (polecam przy okazji szkołę Wolski i Gliga) i problem został rozwiązany. 

Bardzo lubię kierować, relaksuje mnie to, więc dojazdy nie są zmorą. To żółte to moje pierwsze, samodzielne wozidełko - idealne dla kobiety, bo mało pali, a za zaoszczędzone pieniądze można sobie kupić buty czy torebkę. Kierowanie to takie kilkadziesiąt minut w ciągu dnia tylko dla mnie i ulubionej muzyki (pod warunkiem, że na fotelu nie ma współmałżonka, który ma stan przedzawałowy przy każdym wyprzedzaniu). 
Nie będę jednak kłamać, że nie wybierając działkę nie sprawdziłam, czy odległość do pracy nie przekracza 25 km. Dla mnie to taka bezpieczna granica dojazdu w rozsądnym czasie. Jakość dróg i strona wlotu do miasta też mają znaczenie. 

Życie na wsi czy życie w mieście

Punkt drugi – co wy będziecie tam robić?! Miasto daje większe możliwości rozwoju. Pytanie tylko, czy mieszkając w mieście chodziłam częściej na wydarzenia kulturalne? Wstyd powiedzieć, ale nie. Za to obecnie chętnie przejrzę, co ciekawego się dzieje i po zaplanowaniu mogę regularnie odwiedzać ciekawe miejsca. Zdecydowanie wybieram spokój i kontakt z naturą, chociaż zapewne nie zrozumie tego ten, kto nie lubi się babrać w ziemi. 

Punkt trzeci – bezpieczeństwo. Kilka lat temu mieszkaliśmy na strzeżonym osiedlu we Wrocławiu. Czy było bezpieczniej? Wcale nie. Za każdym razem stukało się kod do bramy wejściowej, potem do domofonu, a i tak zdarzały się kradzieże. Monitoring nie pomógł. Kolejnym mankamentem było bardzo mało miejsc parkingowych i w zasadzie dla odwiedzających nas to była męka, gdyż deweloper nie przewidział miejsc ogólnodostępnych. Wyznaję zasadę, że co ma wisieć, nie utonie. Nie chciałabym mieszkać na całkowitym odludziu, ale uważam, że wieś wcale nie jest bardziej niebezpieczna od miasta. Ludzie są wszędzie podobni, czy ci spod sklepu w Wilkowyjach czy spod Żabki w Warszawie. 

Punkt czwarty. Dzieci! Odwieczny problem i odwieczny argument przeciwko mieszkaniu na wsi. Bo żłobek, przedszkole, szkoła, lekarz. Cóż, mając państwowe przedszkole pod samym nosem, syn dostał się do niego jako pięciolatek i to dlatego, iż musiał zostać przyjęty (ówczesna reforma). Przestało to być dla mnie wyznacznikiem. Poza tym, jeżeli chcemy położyć nacisk na jakość edukacji, często wybieramy ośrodki oddalone od naszego miejsca zamieszkania – wróć do punktu 1. Podobnie z lekarzem. Dzieci lubią chorować w święta i w inne dni wolne od pracy. Efekt? I tak trzeba dojechać. Znowu jednak sprawdziłam, czy dojazd nie będzie bardzo odległy. Do naszej pediatry i owszem, ale nie można mieć wszystkiego!



Punkt piąty – zakupy. W dobie zakupów przez internet, zerknęłam sobie, która sieciówka obsługuje mój rejon i jedna się znalazła. Oprócz tego wszystkie możliwe sklepy mam w mieście powiatowym, kilka kilometrów od domu. To, że nie mam ich we wsi mi nie przeszkadza. Są blisko, ale nie za blisko. Mój portfel na pewno na tym skorzysta. :)

Punkt szósty – zwierzaki. Dom pozwala na zdecydowanie więcej zwierząt. Tak, jeżeli nie lubicie kur, krów czy kóz, lepiej pozostańcie w mieście. Jeżeli macie zawał na widok kota sąsiada, który Was odwiedza, to też odpuście temat. Piejący kogut o poranku wzmaga u niektórych mordercze instynkty, podobne do tych, które ja mam, gdy słyszę o 6 rano dziecko sąsiadów. Zdecydowanie wybieram koguta!



Są ludzie, którzy żyją rytmem miasta. Miasto woła, kluczy, nocą neony wdzierają się do okien, a gdzieś w oddali słychać czyjeś kroki i pomruki sunących aut. Ma to swój urok, ale wolę nocną ciszę ze szczekaniem psów i pohukiwaniem ptaków. W mieście brak mi rozgwieżdżonego nieba, nawet jeżeli zabrzmi to bardzo infantylnie. Wybór należy do Was. Nie ma lepszej drogi. Jest tylko Wasza.

poniedziałek, 27 marca 2017

Dom drewniany - projekt został wybrany!

Jak wspomniałam w poprzedniej notce projekt domu został przez nas wybrany jeszcze jakiś czas przed zakupem działki. Oglądaliśmy wiele rozwiązań, nim zdecydowaliśmy się na konkretne opcje. Oczywiście zakup projektu nastąpił po zakupie działki. Dlaczego? Pomijając aspekt praktyczny, to wielkość działki oraz miejscowy plan zagospodarowania wymuszają na kupującym projekt konkretne ograniczenia.

Wiele osób pyta, dlaczego dom drewniany? Od kilku lat podobały nam się domy w tej technologii, przede wszystkim na materiał z jakiego zostały wykonane, niski współczynnik przenikania ciepła, stosunkowo niskie EP oraz krótki czas budowy. Można oczywiście powiedzieć, że trwa u nas kult tradycyjnych ścian, czyli cegła musi być, ale w Europie zachodniej i północnej domy w technologii drewnianej nie są niczym dziwnym. Tam zamiast zadawać niepotrzebne pytania, po prostu się buduje :) Dlatego wybierając projekt kierowaliśmy się też tym, aby był on od początku dopasowany pod budownictwo szkieletowe, a nie adaptowany na jego potrzeby.

Projekt domu drewnianego krok po kroku


Projektów jest bardzo dużo. Firmy prześcigają się w prezentacji różnorodnych rozwiązań, starając się pokazać, że właśnie to konkretne jest najlepsze. My zdecydowaliśmy się na zakup gotowego projektu – aby budować parterówkę, która spełniała nasze oczekiwania co do rozkładu pomieszczeń oraz powierzchni. Dzięki temu, że nie musieliśmy nanosić wielu zmian,  koszty adaptacji były niższe. Miało być w miarę prosto, bez udziwnień, które nie byłby nam do niczego potrzebne. Przez kilka lat mieszkania w różnych miejscach, mogliśmy mniej więcej określić co jest niezbędne, a co absolutnie się nam nie przyda. Ostatecznie wybraliśmy projekt domu Kamilek firmy Inter-Styl. Ogromnym plusem tego rozwiązania jest fakt, iż firma od wielu lat stawia właśnie tego typu domy w całej Polsce, a Kamilek jest jej autorskim projektem, czy raczej dzieckiem. ;)


Wybierając projekt domu zwracaliśmy uwagę na:
  • funkcjonalność (!);
  • powierzchnię domu;
  • rozmieszczenie i wielkość poszczególnych pomieszczeń;
  • etap realizacji – chcieliśmy mieć pewność, że dostaniemy dokładnie to, czego oczekujemy, a w tym wypadku dom buduje firma, która go zaprojektowała. Plusem tego rozwiązania był również od razu znany kosztorys prac.

Na etapie zakupu sprawdziliśmy zgodność projektu z mpzp, który może, ale nie musi określać na przykład:
  • maksymalną powierzchnię zabudowy działki oraz nieprzekraczalne granice zabudowy (np. widzieliśmy bardzo ładną i tanią działkę, ale okazało się, że jest bardzo wąska i przez to niezabudowana od lat, bo mpzp zakłada ścianę budynku minimum 6 m od granic działki, nasz projekt by tutaj nie pasował),
  • materiał i kolorystykę pokrycia dachowego (u nas obowiązuje dachówka lub materiały dachówkopodobne w kolorach naturalnych),
  • kąt nachylenia dachu,
  • ilość kondygnacji budynku (u nas maksymalnie jednokondygnacyjne),
  • maksymalną szerokość elewacji frontowej budynku.
Warunków może być rzecz jasna więcej lub mniej. Wszystko zależy od uchwały na Waszym terenie.


Oczywiście, że zawsze można wybrać dom większy, inny itp. Pamiętajcie jednak, że dom ma spełniać Wasze oczekiwania. Jeżeli na tym etapie nie jesteście przekonani do danego projektu, to szukajcie dalej. Czasami drobna niedogodność będzie Was irytować przez lata, więc najlepiej sobie ułatwić już od początku. Najważniejsza zasada – to Wy mieszkacie w tym domu, dlatego Wy wybieracie i nie patrzycie się na innych! To na co ja zwracam uwagę, dla Was może być nieistotne.

Po zakupieniu projektu i podpisaniu umowy z wykonawcą na budowę, można było zacząć się zastanawiać, jakie zmiany chcemy nanieść. W naszym wypadku były to jedynie dodatkowe okna dachowe, aby doświetlić strych. Reszta pozostała bez zmian. Pamiętajcie, że kupując projekt kupujecie tzw. wzór - dopiero po adaptacji (nawet jeżeli nie zmienicie w nim nic) będzie mógł dołączyć do pozwolenia na budowę. Adaptacja to nic innego bowiem, jak dopasowanie zakupionego projektu do Waszej działki. Stąd do kosztów zakupu projektu domu drewnianego, koniecznie doliczcie też koszty pracy projektanta (czyli od ok. 3000 zł w górę).

Czy projekt domu można przed samą budową zmienić na zupełnie inny? Oczywiście, ale wówczas zabawa z adaptacją i pozwoleniem zacznie się od nowa. Dlatego tak ważne jest, aby działać z głową już od początku. :)

A co dla Was jest ważne w projekcie domu?

czwartek, 23 marca 2017

Zaczynamy budować własny dom

W zeszłym roku postanowiliśmy z mężem przeprowadzić się do własnego domu na wieś. Chociaż dużo osób pukało się w głowę, postanowiliśmy zawalczyć o swoje marzenia. Od dzisiaj będę opisywać na bieżąco nasze perypetie przy stawianiu domu w technologii drewnianej.

Dziś w skrócie - od wyboru działki po pozwolenie na budowę. Wszystko jest do ogarnięcia, pod warunkiem rzetelnego rozplanowania działania, pilnowania terminów i bycia częstym gościem w urzędach. Warto pytać, uważam, że urzędnicy nie gryzą, większość jest naprawdę przyjazna petentowi, jeżeli podejść do nich z uśmiechem.

Wybór działki to zawsze indywidualna kwestia, my skupiliśmy się na:
- istniejących na tym terenie inwestycjach oraz miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego (mpzp), gdyż z niego można się dowiedzieć o przeznaczeniu, warunkach zagospodarowania i zabudowy terenu, a także planowanym rozmieszczeniu inwestycji celu publicznego;
- okolicy (pola, lasy, czy to teren zalewowy);
- dojeździe (jakość dróg dojazdowych i bliskość do większych arterii);
- położeniu względem miasta (wojewódzkiego i powiatowego);
- bliskości szkół, sklepów itp.;
- powierzchni (szukaliśmy ok. 800-1000 mkw);
- dostępnych mediach oraz ceny w granicach zakładanego budżetu.

Ponieważ mój mąż miał już wcześniej upatrzone miejscowości pod Wrocławiem, decyzja, gdzie jeździmy oglądać była szybka. Najpierw wprawdzie zerkaliśmy na gotowe szeregówki, ale tam bez umownej ceny 349 000 PLN nie mieliśmy czego szukać. Poza tym często powierzchnia ogródka była symboliczna. Zaczęliśmy oglądać działki. Pierwsza typowana miejscowość i już. Decyzja podjęta.



Przed wizytą u notariusza poprosiliśmy właściciela o numer księgi wieczystej (by sprawdzić hipotekę i roszczenia osób trzecich w stosunku do działki) i status naszej przyszłej działki w mpzp. Ponieważ projekt budynku mieliśmy upatrzony już wcześniej, ważne było upewnienie się czy nasz wymarzony dom wpisze się w wizję gminy. :)


Od wyboru działki po podpisanie umowy u notariusza minął miesiąc. Było to spowodowane zamieszaniem przy nowej ustawie o gruntach rolnych, która akurat wchodziła w życie. Na szczęście finalnie okazało się, że nie ma przeciwwskazań do kupna i budowy na tym terenie. Z aktem notarialnym w ręku zaczęliśmy się zastanawiać co dalej.



Czas na pozwolenie na budowę. Wystąpiliśmy o warunki przyłączenia (woda, prąd, gaz) oraz zapewnienie wywozu nieczystości (obszar ma być dopiero skanalizowany). Aby to zrobić musieliśmy załatwić mapę do celów opiniodawczych ze starostwa i dostarczyć skan aktu notarialnego, który potwierdzał własność. Ponieważ sprzedający działkę był właścicielem drogi wewnętrznej, dostaliśmy bezpłatną i nieograniczoną w czasie służebność przejazdu i przechodu, dzięki czemu odpadł kłopot uzyskania zgody na zjazd z drogi publicznej.


Mpzp zakładał, że nasza działka leży w strefie "OW" ochrony konserwatorskiej dla zabytków archeologicznych. Dlatego musieliśmy mieć pozwolenie na prowadzenie prac budowlanych od wojewódzkiego konserwatora zabytków. Aby je uzyskać złożyliśmy stosowny wniosek oraz mapę do celów opiniodawczych.

Czekając na te wszystkie dokumenty, nasz geodeta przygotował mapę do celów projektowych. W międzyczasie z sądu przyszła nowa księga wieczysta. Mając konserwatora, warunki, mapę od geodety oraz kupiony projekt domu udaliśmy się do architekta adaptującego. Po adaptacji złożyliśmy całą dokumentację w starostwie powiatowym i oczekiwaliśmy na pozwolenie na budowę (czas oczekiwanie do 65 dni). Po dwóch tygodniach pozwolenie się uprawomocniło i mogliśmy w końcu pobrać dziennik budowy.



Całość zabrała nam pół roku i można było zacząć starać się o kredyt hipoteczny. Rzekłabym, że tutaj zabawa się zaczęła od nowa... ale o tym w kolejnej części.

piątek, 17 marca 2017

To już rok

Dzisiaj był ostatni dzień przedłużenia domeny. Od kilku dni zastanawiałam się, czy powinnam to zrobić. Kiedy rok temu zakładałam bloga pod nowym adresem, miałam pewną utartą wizję tego, czym chcę się zająć i o czym pisać. Jednak tak jest, że żołnierze strzelają, a Pan Bóg kule nosi. Okazało się zupełnie inaczej. 

Dziś jestem na etapie, kiedy dokładnie wiem, czego chcę. Wiem, w którą stronę powinnam zmierzać oraz czym powinnam się zająć. Doświadczenie życiowe i zawodowe zaczyna procentować. Mam za sobą sztab wspaniałych ludzi. Część poznałam niedawno, z częścią umocniłam przyjaźnie. Nie jestem samotną wyspą. 

Postanowiłam dać jeżynowej jeszcze jedną szansę. Nie odłożyć pisania na bok. Od miesięcy dojrzewała we mnie pewna koncepcja i myślę, że powoli uda mi się ją zrealizować. Nie szarpię się. Staram się być wobec siebie i innych uczciwa oraz konsekwentna. Gnałam do mitycznego poczucia posiadania, które nie przyniosło mi żadnego spełnienia. Dziś wiem, że patrząc w siebie odnalazłam pokłady spokoju oraz energii. 

Kiedy poszłam na spacer latem w okolicy, w której chciałabym mieszkać, znalazłam krzak jeżyn. Pomyślałam sobie rozbawiona, że może to dobry znak? 


Właśnie – zamieszkać. Moim najbliższym planem jest postawienie drewnianego domu na wsi. Ekologicznego. Nie generującego kolejnego smogu, ale ciepłego i bezpiecznego. W otoczeniu pól i lasów. Miejsce, które nazwę domem. W którym znajdzie schronienie porzucony pies czy niechciany kot. Gdzie mój syn dorośnie w otoczeniu ciszy i spokoju. I miesiąc za miesiącem, dokument za dokumentem do tego dążę. 



Najpierw o tym, o czym nie będzie. Nie będzie o walce z chorobą moich rodziców. Ona ciągle jest nierówna. Myślę, że w sieci jest dość dużo miejsc poświęconych onko zagadnieniom. A mnie nauczyło, że statystyki są niczym, a każde leczenie jest diametralne różne. Poza tym zbyt dużo osób traktowało to jak sensację.
O czym więc będzie? Na pewno o książkach, które czytam nałogowo. O budowie, kiedy tylko się rozpocznie. O pracy. Tak – o tym, co daje mi energię do działania i przydatnych gadżetach w homeoffice. O zwierzakach wszelkiej maści. I o życiu. Tym prostym. Bez szarpania się o wielki dobrobyt. Ale z miłością. Bo miłość jest ważna!