czwartek, 23 marca 2017

Zaczynamy budować własny dom

W zeszłym roku postanowiliśmy z mężem przeprowadzić się do własnego domu na wieś. Chociaż dużo osób pukało się w głowę, postanowiliśmy zawalczyć o swoje marzenia. Od dzisiaj będę opisywać na bieżąco nasze perypetie przy stawianiu domu w technologii drewnianej.

Dziś w skrócie - od wyboru działki po pozwolenie na budowę. Wszystko jest do ogarnięcia, pod warunkiem rzetelnego rozplanowania działania, pilnowania terminów i bycia częstym gościem w urzędach. Warto pytać, uważam, że urzędnicy nie gryzą, większość jest naprawdę przyjazna petentowi, jeżeli podejść do nich z uśmiechem.

Wybór działki to zawsze indywidualna kwestia, my skupiliśmy się na:
- istniejących na tym terenie inwestycjach oraz miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego (mpzp), gdyż z niego można się dowiedzieć o przeznaczeniu, warunkach zagospodarowania i zabudowy terenu, a także planowanym rozmieszczeniu inwestycji celu publicznego;
- okolicy (pola, lasy, czy to teren zalewowy);
- dojeździe (jakość dróg dojazdowych i bliskość do większych arterii);
- położeniu względem miasta (wojewódzkiego i powiatowego);
- bliskości szkół, sklepów itp.;
- powierzchni (szukaliśmy ok. 800-1000 mkw);
- dostępnych mediach oraz ceny w granicach zakładanego budżetu.

Ponieważ mój mąż miał już wcześniej upatrzone miejscowości pod Wrocławiem, decyzja, gdzie jeździmy oglądać była szybka. Najpierw wprawdzie zerkaliśmy na gotowe szeregówki, ale tam bez umownej ceny 349 000 PLN nie mieliśmy czego szukać. Poza tym często powierzchnia ogródka była symboliczna. Zaczęliśmy oglądać działki. Pierwsza typowana miejscowość i już. Decyzja podjęta.



Przed wizytą u notariusza poprosiliśmy właściciela o numer księgi wieczystej (by sprawdzić hipotekę i roszczenia osób trzecich w stosunku do działki) i status naszej przyszłej działki w mpzp. Ponieważ projekt budynku mieliśmy upatrzony już wcześniej, ważne było upewnienie się czy nasz wymarzony dom wpisze się w wizję gminy. :)


Od wyboru działki po podpisanie umowy u notariusza minął miesiąc. Było to spowodowane zamieszaniem przy nowej ustawie o gruntach rolnych, która akurat wchodziła w życie. Na szczęście finalnie okazało się, że nie ma przeciwwskazań do kupna i budowy na tym terenie. Z aktem notarialnym w ręku zaczęliśmy się zastanawiać co dalej.



Czas na pozwolenie na budowę. Wystąpiliśmy o warunki przyłączenia (woda, prąd, gaz) oraz zapewnienie wywozu nieczystości (obszar ma być dopiero skanalizowany). Aby to zrobić musieliśmy załatwić mapę do celów opiniodawczych ze starostwa i dostarczyć skan aktu notarialnego, który potwierdzał własność. Ponieważ sprzedający działkę był właścicielem drogi wewnętrznej, dostaliśmy bezpłatną i nieograniczoną w czasie służebność przejazdu i przechodu, dzięki czemu odpadł kłopot uzyskania zgody na zjazd z drogi publicznej.


Mpzp zakładał, że nasza działka leży w strefie "OW" ochrony konserwatorskiej dla zabytków archeologicznych. Dlatego musieliśmy mieć pozwolenie na prowadzenie prac budowlanych od wojewódzkiego konserwatora zabytków. Aby je uzyskać złożyliśmy stosowny wniosek oraz mapę do celów opiniodawczych.

Czekając na te wszystkie dokumenty, nasz geodeta przygotował mapę do celów projektowych. W międzyczasie z sądu przyszła nowa księga wieczysta. Mając konserwatora, warunki, mapę od geodety oraz kupiony projekt domu udaliśmy się do architekta adaptującego. Po adaptacji złożyliśmy całą dokumentację w starostwie powiatowym i oczekiwaliśmy na pozwolenie na budowę (czas oczekiwanie do 65 dni). Po dwóch tygodniach pozwolenie się uprawomocniło i mogliśmy w końcu pobrać dziennik budowy.



Całość zabrała nam pół roku i można było zacząć starać się o kredyt hipoteczny. Rzekłabym, że tutaj zabawa się zaczęła od nowa... ale o tym w kolejnej części.

piątek, 17 marca 2017

To już rok

Dzisiaj był ostatni dzień przedłużenia domeny. Od kilku dni zastanawiałam się, czy powinnam to zrobić. Kiedy rok temu zakładałam bloga pod nowym adresem, miałam pewną utartą wizję tego, czym chcę się zająć i o czym pisać. Jednak tak jest, że żołnierze strzelają, a Pan Bóg kule nosi. Okazało się zupełnie inaczej. 

Dziś jestem na etapie, kiedy dokładnie wiem, czego chcę. Wiem, w którą stronę powinnam zmierzać oraz czym powinnam się zająć. Doświadczenie życiowe i zawodowe zaczyna procentować. Mam za sobą sztab wspaniałych ludzi. Część poznałam niedawno, z częścią umocniłam przyjaźnie. Nie jestem samotną wyspą. 

Postanowiłam dać jeżynowej jeszcze jedną szansę. Nie odłożyć pisania na bok. Od miesięcy dojrzewała we mnie pewna koncepcja i myślę, że powoli uda mi się ją zrealizować. Nie szarpię się. Staram się być wobec siebie i innych uczciwa oraz konsekwentna. Gnałam do mitycznego poczucia posiadania, które nie przyniosło mi żadnego spełnienia. Dziś wiem, że patrząc w siebie odnalazłam pokłady spokoju oraz energii. 

Kiedy poszłam na spacer latem w okolicy, w której chciałabym mieszkać, znalazłam krzak jeżyn. Pomyślałam sobie rozbawiona, że może to dobry znak? 


Właśnie – zamieszkać. Moim najbliższym planem jest postawienie drewnianego domu na wsi. Ekologicznego. Nie generującego kolejnego smogu, ale ciepłego i bezpiecznego. W otoczeniu pól i lasów. Miejsce, które nazwę domem. W którym znajdzie schronienie porzucony pies czy niechciany kot. Gdzie mój syn dorośnie w otoczeniu ciszy i spokoju. I miesiąc za miesiącem, dokument za dokumentem do tego dążę. 



Najpierw o tym, o czym nie będzie. Nie będzie o walce z chorobą moich rodziców. Ona ciągle jest nierówna. Myślę, że w sieci jest dość dużo miejsc poświęconych onko zagadnieniom. A mnie nauczyło, że statystyki są niczym, a każde leczenie jest diametralne różne. Poza tym zbyt dużo osób traktowało to jak sensację.
O czym więc będzie? Na pewno o książkach, które czytam nałogowo. O budowie, kiedy tylko się rozpocznie. O pracy. Tak – o tym, co daje mi energię do działania i przydatnych gadżetach w homeoffice. O zwierzakach wszelkiej maści. I o życiu. Tym prostym. Bez szarpania się o wielki dobrobyt. Ale z miłością. Bo miłość jest ważna!

sobota, 28 stycznia 2017

Kiedy tylko spojrzę

Od ostatniego wpisu minęły blisko trzy miesiące. Chciałabym napisać, że oto wygrywamy walkę, ale dziś już wiemy, że to nie jest możliwe. Dlatego ostatecznie zamykam na blogu kwestie onkologii. Mogę cieszyć się wspólnymi dniami, a nie czekać na koniec, którego nikt nie zna.
Ale ja nie o tym. Potrzebowałam trochę ciszy i wytchnienia, od bloga, od znajomych, od wirtualnych dyskusji, forów internetowych itp. Te trzy ostatnie miesiące były bardzo ważne. Jeżeli myślałam, że to czas od operacji ukaże prawdziwe oblicze znajomych, to sromotnie się pomyliłam. To ten czas od października, wybitnie ograniczył mi grono koleżanek i kolegów. Pokazały mi ludzi, na których mogę liczyć i drugą stronę osób, które nawet nie próbują zrozumieć, chociaż umówmy się - nie wymagam zrozumienia. To nie była prosta lekcja, bo uświadomiła mi, że absolutnie nie liczą się takie sprawy jak. np. całe lata znajomości itp. Liczą się przyziemne priorytety. Zadziwia mnie wiara niektórych we własną nieśmiertelność, planowanie na jutro. Jutro dla mnie nie istnieje. Owocne to było, bo pouczające.Kilkadziesiąt dni wniosło w moje życie więcej zmian, niż ostatnie lata.

Pouczające jest też to, że odsiałam wyimaginowane problemy od tych prawdziwych. Już prawie zapanowałam nad chaosem. Rozpoczęłam planowanie z systemem Bullet Journal. Przerobiłam zalecenia Agaty i wdrożyłam je w życie. Powróciłam do pracy naukowej po godzinach, a promotor udzieliła mi pełnego wsparcia (chylę nisko czoła i dziękuję).

Toksyczność jest zła. Mówienie ludziom, jak mają żyć jest złe. Pozwólmy wybierać własne drogi. Wybieram najlepiej jak potrafię, nawet jeżeli popełniam błędy. Cieszą mnie drobiazgi. Doceniam każdy dzień. Dobro się mnoży, kiedy się je dzieli. 

Zaczyna się chiński rok Koguta. Daję mu szansę.

 fot. Sasin Tipchai / Pixabay